|
|
Zawsze byłem tym przysłowiowym „miłym chłopakiem”. W pracy – solidny informatyk, wśród znajomych – ten, który słucha, ale nie opowiada. W relacjach z kobietami – katastrofa. Paraliżował mnie strach przed odrzuceniem. Kilkanaście randek przez apki, każda kończyła się wymianą grzeczności i ghostingiem. Miałem wrażenie, że jestem przezroczysty. Aż poznałem Olę. Pracowała w tej samej korporacji, ale w innym dziale. Widywaliśmy się przy ekspresie do kawy. Rozmawialiśmy o pogodzie, o remoncie w biurze. Była inteligentna, miała cichy śmiech i patrzyła ludziom prosto w oczy. Ja za to, kiedy na mnie patrzyła, nagle zapominałem języka w gębie. Moje „miłośnictwo” zamieniało się w całkowity mutyzm.
Po kolejnej takiej nieudanej próbie konwersacji, gdzie wybełkotałem tylko coś o wilgotności powietrza, wróciłem do domu z poczuciem kompletnej porażki. Byłem wściekły na siebie. Włączyłem komputer, żeby czymś się zagłuszyć. W tamtym okresie, trochę z nudów, trochę dla zabicia czasu po pracy, zacząłem korzystać z kasyno vavada. Nie grałem na duże sumy. To była dla mnie przestrzeń, gdzie mogłem podejmować decyzje bez konsekwencji społecznych. Postawić, spasować, zaryzykować – i nikt mnie nie oceniał. To był mój poligon treningowy dla pewności siebie.
Tego wieczoru, zamiast grać, wpadłem na pomysł. Szalenie głupi, romantyczny i kompletnie nie w moim stylu. Otworzyłem pokera video. Zasada była prosta: jeśli w ciągu pięciu rozdanych mi kart trafię trzy asy, zaproszę Olę na prawdziwą randkę. Jeśli nie – zapomnę o niej i uznam, że to nie jest po prostu moja szansa. To była moja prywatna, cyfrowa wróżba. Los miał zdecydować za moje tchórzostwo.
Pierwsze rozdanie – nic. Drugie – para dziewiątek. Trzecie – wysoka karta. Czwarte… Serce zaczęło mi walić. Na ekranie pojawił się as kier. Drugą kartą był as pik. Przełknąłem ślinę. Trzecia karta – dziesiątka. Czekałem na czwartą. As trefl! Miałem już trzy asy! Nie mogłem uwierzyć. Piąta karta nie miała znaczenia. Kasyno vavada, miejsce przypadkowych zdarzeń, dało mi jasny sygnał. A właściwie, dało mi pretekst. Bo tak naprawdę to ja podjąłem decyzję, żeby tę grę potraktować jako wyrocznię.
Następnego dnia, przy ekspresie, moje dłonie były spocone. Podeszła, uśmiechnęła się. „Eee, Ola… – zacząłem, a głos mi się załamał. – Nie wiem, czy to nie głupie, ale… zagrałem wczoraj w pokera. I obiecałem sobie, że jeśli trafię trzy asy, to… to zapytam cię, czy nie poszłabyś ze mną w sobotę na kolację?”. Spodziewałem się zdziwienia, śmiechu, politowania. Ona zrobiła wielkie oczy, a potem się roześmiała. Tym swoim cichym, melodyjnym śmiechem. „Trzy asy? Poważnie? To musiał być znak” – powiedziała. „Więc? To jak? Ta kolacja?” – zapytałem, czując, jak adrenalina z wczorajszej gry wraca ze zdwojoną siłą. „A czemu nie” – odparła.
Ta kolacja zmieniła wszystko. Okazało się, że kiedy przestałem myśleć o sobie jako o „miłym chłopaku”, a zacząłem mówić o tym, co mnie naprawdę interesuje (w tym o paradoksach probabilistyki w grach losowych), stałem się ciekawszy. Dziś jesteśmy razem od roku. Ola wie o mojej małej, wieczornej rozrywce. Czasem nawet siadamy razem i gramy w ruletkę na jednym koncie, obstawiając na zmianę. Śmiejemy się, że to nasz wspólny hazard.
Kasyno vavada nie dało mi Olę. Dało mi coś, czego sam sobie dać nie potrafiłem: impuls. Pretekst do zaryzykowania. I udowodniło mi, że czasem, żeby wygrać w prawdziwym życiu, trzeba najpierw postawić wszystko na jedną kartę – lub trzy asy – w świecie wirtualnym. A najzabawniejsze jest to, że do dziś, kiedy widzę trzy asy w jakiejkolwiek grze, uśmiecham się do siebie. To mój talizman. Dowód na to, że czasem los lubi pomóc tym, którzy boją się poprosić go o pomoc.
|
|